Pomału wracam do rzeczywistości, ale na razie bez większego powodzenia.... od kilku dni usiłuję coś robić. Niby mam pomysły i chęci, ale gdy siadam do maszyny nagle mam pustkę w głowie...
Muszę dać sobie jeszcze trochę czasu, może jutro,albo za kilka dni wrócę do tego co tak bardzo kocham, dobrze, że chociaż mój nastrój się poprawił, mały krok do przodu.
Pozostawiam więc smutki za sobą i cofam się w czasie, takie rzeczy mogą zdarzyć się tylko w blogowym świecie :)
Dzisiaj będzie mowa o patchworku, ale nie takim zwyczajnym... chociaż czy patchwork może być zwyczajny? Chyba nie... ale jest technika która mnie uwiodła, a chodzi o patchwork confetti.
Niekwestionowanym guru w tym temacie jest dla mnie Anna Sławińska, Ci którzy nie wiedzą o kim mówię niech koniecznie do niej zajrzą, gwarantuje wspaniała ucztę dla oczu.
Moje ochy i achy dla tej techniki zaowocowały oczywiście tym, że musiałam zobaczyć jak to jest i z czym to się je ;)
Na początku radziłam sobie jak zawsze po swojemu, nie powstrzymał mnie nawet brak stopki do pikowania, którą zamówiłam, ale czas oczekiwania za bardzo się dłużył...no nie wytrzymałam po prostu i zaczęłam bez niej ;)
Jak widzicie pobawiłam się w proste przeszycia, na początku miałam obawy, że te drobinki tkanin uciekną mi spod maszyny, po przykryciu ich organzą i upięciu szpilkami grzecznie jednak tkwiły na swoim miejscu.
Zasadniczo powinnam raczej użyć tiulu, ale tego też jeszcze nie miałam więc ratowałam się czym mogłam... desperatka ze mnie.
Organza przytłumiła nieco kolory, mimo to byłam zadowolona z mojej próby.
Drugi obrazek udało mi się nawet wykończyć i tym razem użyłam tiulu, ale wciąż jeszcze bez stopki do pikowania ;)
I tak mam swoja łąkę z której jestem dumna :)
Kiedy przyszła stopka zaszalałam po raz kolejny i troszkę poćwiczyłam pikowanie to od razu zaczęłam szyć kolejny obrazek :)
Byłam ogromnie podekscytowana....
Wiem, że nie jest cud jakiś, ale jak człowiek zrobi coś samodzielnie to go taka radość wypełnia, brakuje mi chyba słów żeby to opisać...to po prostu pasja :)
Poniosło mnie i dodałam odrobinę haftu wstążeczkowego:
...i jeszcze koraliki ;)
Obrazek gotowy:
Szycie tą techniką sprawia mi wiele przyjemności, nie trzymam się zbytnio zasad i lubię dodawać tak jak mi w duszy gra i oto w tym wszystkim chodzi, żeby nie bać się robić po swojemu ;)
Wspomnę jeszcze króciutko o tym jak powstało tło, paski nie były cięte nożyczkami,a po prostu udarte, naszyte na tkaninę tworzą niezwykły obraz, podpatrzyłam w sieci :) zobaczcie jak fantastycznie to wygląda:
Kojarzy mi się to ze wzburzonym oceanem... czyż to nie jest magia?
........
Dziękuje Wam za ciepłe słowa pod poprzednim wpisem, bez Was byłoby mi dużo trudniej...




