Obserwatorzy

środa, 4 maja 2016

Maszyna na wydaniu ;)

Ostatnio obiecałam Wam małą niespodziankę i oto jestem :)
Bardzo ucieszyło mnie to, że maszyna - igielnik i sam kursik tak bardzo Wam się podoba i... postanowiłam ją uwolnić z moich rąk, tak więc maszyna szuka nowego domu, zapraszam wszystkich serdecznie do zabawy ♥
Mam nadzieję, że nie pogniewacie się jeśli troszkę Was pomęczę... nie chcę powierzać maszyny ślepemu losowi, dlatego warunkiem żeby ją zdobyć będzie napisanie ciekawego komentarza na temat:
"Moja przygoda z maszyną", wiem, że wśród Was są osoby które jeszcze nie szyły na maszynie dlatego możecie napisać o swoich marzeniach lub planach na przyszłość związanych z maszyną do szycia ;)





Zasady zabawy są proste:
1.Zostaw komentarz zgodny z tematem zabawy: "Moja przygoda z maszyną".
2.Umieść banerek na swoim blogu, osoby nie posiadające bloga mogą zrobić to na swoich profilach FB,Google+  itp :)
3.Wygrywa najciekawszy komentarz.
4.Wynik zostanie ogłoszony do 5 czerwca 2016 roku :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłej zabawy ♥


15 komentarzy:

  1. Jakżeby mnie tu miało zabraknąć - taką damę na wydaniu z miłości do szycia oraz rękodzieła wszelakiego chętnie zaadoptuję - z szyciem na maszynie mam do czynienia od lat dziecinstwa dzięki tradycjom rodzinnym i tak zeszło już z 5o latek - miałam tylko kilka lat przewy byłam uziemiona po kradzieży wszytskich maszyn ale uparcie szyłam ręcznie - najbardziej mi zał 4 sztuk maszyn ; dwie singerki - pamiątki szyjące po tatku , overloka i olejowej do szycia ciężkiego kalibru - no cóż nawet zdjęć nie mam po nich / niedawno kupiłam łucznika i cieszę się że mam i mogę używać - buziaki ślę wielkie i zaraz wstawiam banerek u siebie na blogu - Marii

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja przygoda z maszyną zaczęła się daaawno temu kiedy to podglądałam jak szyła moja babcia...Robótki wszelkiej maści towarzyszą mi cały czas i nie wyobrażam sobie bez nich życia...W zeszłym roku siostra zapytała co bym chciała dostać na imieniny.Odpowiedziałam, że takie kolorowe szpuleczki do maszyny.A ona na to: Po co ci szpuleczki jak nie masz maszyny?Wierzę w moc marzeń...Jak będę miała szpuleczki to o maszynę będzie łatwiej...Za dwa tygodnie dostałam cudną wymarzoną maszynę od rodziców...Za co jestem im bardzo wdzięczna... Marzenia to potężna siła...Wierzę w jej moc... A ponieważ szykuję sobie wymarzony kącik do szycia, zbieram powoli cudne rzeczy do niego.Taka piękna uszyta maszyna zajęła by w nim honorowe miejsce :) I nawet kolor by pasował... Wierzcie w moc marzeń a się spełnią...

    OdpowiedzUsuń
  3. moja przygoda zaczęła się rok temu ,nie posiadam własnej maszyny,ale od czego są sąsiedzi :) tak więc postanowiłam naszyć łatę na dziurze w spodniach niby proste ,ale to tylko tak sie wydaje :) szycie do tyłu szło mi cudnie,tak jak bym to całe życie robiła :) za to do przodu ni hu,hu :)widać jeszcze muszę sie dużo nauczyć :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. zdolne masz rączki by uszyć takie cacko :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Aniu - no jakże by inaczej.
    Moja przygoda z maszyną?
    Pamiętam nocny turkot maszyny mojej mamy. Gdy my już spaliśmy, ona siadała w kuchni, do maszyny - ciężko pracowała. Dziś dopiero to doceniam, rozumiem.
    Potem mój tata wypatrzył gdzieś, taką maszynę na korbkę, dla dzieci. Och to dopiero było cudo. Mama nakroiła mi ubranka dla lalek, a ja szyłam. I co najlepsze. Nie chciałam szyć w dzień, tylko w nocy, jak mama!
    Teraz turkot mojej maszyny usypia moich sąsiadów i dzieci, bo jak na razie nikt z nich mnie nie pogonił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja historia jest poruszająca, mój faworyt :)

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochana Aniu - to i ja dołączę kilka słówek. Moja mama nie cierpiała szyć, obie babcie nienawidziły igły, żadna z cioć też nie szyje, więc nie bardzo wiem o co chodzi ze mną, być może to jakieś wszechobecne mutacje genetyczne i dieta sprawiły, że do maszyny, która w domu była dekoracją ciągnęłam już na czworaka. Ulubiona zabawka z niemowlęctwa - pedał Singera, który tak cudownie kołysał się jak huśtawka. A sama maszyna przykryta kocem była świetnym domkiem - coś jak obecnie szyte przez mamy tipi, tyle że moja mama nie szyła, więc zarzucała koc i efekt ten sam:) Potem z czasem zaczęłam dosięgać pedału już siedząc na taborecie,a że nikt nie zabraniał, to bawiłam się w szycie, bo Singera na pedał chyba nie da się zepsuć. I tym sposobem do 18 roku życia, gdy dostałam w prezencie elektrycznego Łucznika. Jest ze mną do dziś i mamy wiele wspaniałych wspomnień...

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam serdecznie,
    Nazywam się Klaudia. Serdecznie zapraszam Cię do dołączenia do nowego serwisu Platforma Kreatywna http://platformakreatywna.com/, gdzie zrzeszamy wszystkie kreatywne strony. Swoim klubowiczom oferujemy zniżki na produkty, informacje o wydarzeniach, spotkania oraz darmowe pliki do pobrania. Serdecznie zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Elżbieta Urszula
    Droga Aniu nie dla tego cudownego igielnika postanowiłam coś napisać chciałam tylko opisać swoją przygodę z maszyną .
    Miałam może 11 lat kiedy zachorowałam na żółtaczkę a po niej angina ropna i znowu dwa tygodnie bez wychodzenia z domu.Dawno się tak nie wynudziłam w domu,więc podglądałam moja mamę jak szyła nam różne rzeczy.Nigdy nie pozwalała mi jej dosiąść,popsujesz mówiła ,ale tam nie było co psuć.To była stara maszyna pedałowa Pfaff,wiano mojej mamy :) Kiedy znikała z kuchni ja próbowałam ją usidlić,maszynę oczywiście.Nieraz zostałam złapana "na gorącym uczynku", mama groziła palcem ale to mnie wcale nie zniechęcało.Jak już zdobyłam zaufanie mamy nauczyła mnie jak nawinąć nitkę i włożyć w bębenek .Później pozwalała mi coś uszyć np. wieszaczki do ścierek.Mijały lata a moja pasja szycia nie mijała.Na siedemnaste urodziny babcia podarowała mi Singerkę,moje szczęście było nie do opisania.Mam swoją osobistą maszynę do szycia i jest tylko moja.Jak podciągnęłam się z kroju a wiedzę czerpałam z książki mojej mamy z 1958 r,którą mam do dziś zaczęłam sobie szyć drobne ciuszki.Później szyłam moim synom spodenki,kamizelki,nie wspomnę o łatach na kolanach.Dzieci wyrosły a ja zajęłam się szyciem dla przyjemności i trwam do dziś.Po wielu latach wysłużona choć kochana Singerka odpoczywa w walizce a ja no cóż na stare lata zrobiłam sobie prezent i kupiłam sobie maszynę Janome i dalej szyje. Uwielbiam szyć i nic tego nie zmieni,pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie mam tak pięknej historii jak dziewczyny, ale swoją też napiszę :) W mojej rodzinie nie było rękodzielniczek, babcia nie jest typową babcią z drutami i szydełkiem, a mama nie siada do maszyny w wolnej chwili. Mimo tego w maszynie zakochałam się już w dzieciństwie, kiedy tata przyniósł starego Singera. Godzinami się w niego wpatrywałam i nigdy nie miałam dość. O szyciu jednak nie myślałam, dopóki nie założyłam bloga. Wtedy zaczęły mnie otaczać różne piękne przedmioty wykonane na wiele sposobów, również uszyte. Początkowo szyłam ręcznie drobne maskotki, albo zaszywałam dziury w spodniach ;) Aż któregoś pięknego dnia W. podarował mi wymarzoną maszynę :) Od początku świetnie się dogadujemy, ja siadam do niej z przyjemnością, a ona przymyka oczy na moje koślawce, przyjaźń kwitnie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Powinnam napisać moja przygoda z rękodziełem, bo najpierw było szydełko, potem druty, potem maszyna, no i od jakiegoś czasu koraliki. Pierwsze maszynowe uszytki powstały, kiedy zachciało mi się stroić w modne ciuszki. Z początku pomagała mi mama, chociaż krawcową nie była, ale nasze ciuszki na maszynie łatała. Były wtedy w kioskach pisemka z wykrojami, Neue Mode, Carina, Pramo. Niektóre mam do dzisiaj, bo wykroje w nich były ponadczasowe, klasycznie piękne i z dobrze opracowanymi wykrojami. Mam na swoim koncie nawet żakiety i płaszcze, kurtkę i spódnic wiele. Potem była przerwa na jakieś dwadzieścia lat. Ostatnio postanowiłam się z maszyną przeprosić, bo trzeba łatać dziury na spodenkach mojego synka. Może pokuszę się też o coś ambitniejszego. Czy jeszcze potrafię?

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak pięknie dziewczyny piszą.....
    Że moja przygoda to zaledwie mała opowiastka. Bardzo chciałam umieć tworzyć te wszystkie piękne rzeczy oglądane na blogach, aby móc się nimi cieszyć i mieć je w zasięgu ręki. Co prawda nie udaje mi się to aż tak bardzo, nawet w dwudziestu procentach, ale staram się bardzo i mam nadzieję że z czasem będzie mi to wychodziło coraz lepiej. ;)
    Pozdrowienia dla szyjacych!! I dobrze się przy tym bawiących ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Aniu z ogromną przyjemnością wezmę udział, banerek umieszczony :)
    Zacytuje mój pierwszy post, w którym opisałam jak to się u mnie zaczęło :)

    "Jakieś półtora roku temu w Lidlu (zresztą co jakiś czas są) była do kupienia maszyna do szycia.
    I gdy mąż wrócił z zakupów, padło pytanie:
    - Nie chciałabyś maszyny?
    (w pierwszym momencie pomyślałam, że chodzi mu o coś do kuchni)
    - Jakiej maszyny?
    - Do szycia.
    Spojrzałam na niego zdziwiona pytaniem i parsknęłam śmiechem, bo ja i takie urządzenie, to raczej niemożliwe połączenie.
    Nigdy nie ciągnęło mnie do szycia, choć moja babcia do tej pory szyje, moja mama od wielkiego święta i nawet tata potrafi. Ja twierdziłam, że nigdy nie będę. No, ale jak to w życiu bywa... Znacie to powiedzenie? Nigdy nie mów nigdy.
    I gdy mój starszy synek miał iść do przedszkola (wrzesień 2015), zaczęły się poszukiwania worka na kapcie. Przetrząsnęłam cały internet, by znaleźć ten jeden, jedyny i niepowtarzalny, bo oczywiście z sieciówek odpadały. Chciałam, by miał taki - swój :) Jak znalazłam, to cena była dość wysoka (ale wierzcie mi, wart był jej). I w tedy w mojej głowie zaświeciła się żaróweczka. A może by tak uszyć??? Ta aaa, a tak zapewniałam, że szyć nie będę. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
    Z jakiejś dzianinowej spódnicy po cioci, pod nadzorem babci, która tłumaczyła mi co, gdzie i jak, powstał mój pierwszy uszytek !
    I choć miał być na próbę do nauki, synek przechodził z nim cały wrzesień. I w taki oto sposób wpadłam jak śliwka w kompot :)"

    OdpowiedzUsuń
  14. Oj! Moja przygoda z maszyną siega w stecz... Jakieś 41 lat:) Dostałam w prezencie ślubnym od mamy wieloczynnościowego Łucznika i to w walizce! Maszyna ta służy mi do tej pory. Nikt nie uczył mnie szyć, podpatrywałam tylko mamę. Na tej maszynie szyłam sukienki, spodnie, bluzeczki... nie tylko dla siebie, ale i koleżanek ze studiów. Byłyśmy dzięki temu ładnie ubrane, a ja troszkę zarabiłam, na nower materiały. Moja młodość przypadała na czasy PRL-u, w sklepach nic nie było, a po materiały stało się w kolejce. Ale czego się nie robiło dla pieknego, własnego wyglądu i ubrań:) W tzw. PEWEkSIE, za ciężkie dolary, także kupowałam, tam też można było kupić Burdę z wykrojami. Burda i maszyna do szycia towarzyszy mi do tej pory.
    Lubię szyć i szyję nadal. Co prawda już nie tak częso ubrania, ale poduszki, siedziska do ogrodu. Ostatnio uszyłam nowe pokrowce na fotele, daszek i pufy na huśtawce ogrodowej. Teraz raczej odnawiam starocie, szyjąc nowe pokrowce:)
    Pozdrawiam Aniu serdecznie i wstawiam banerek u siebie:)

    OdpowiedzUsuń